Z bębnem na barykadzie i inne boliwijskie historie / A drum on a barricade and other bolivian stories

Posted: 14/06/2014 by kasiek7 in Bolivia, Journey
Tagi: , , , , , , , , ,

Wyspa Jahuin Janihuata (101)O Boliwii naczytałam się trochę – że porwać mogą, że pod prysznicem możesz zginać porażony prądem… a pierwsze dni w tymże kraju przyniosły wiatry, deszcze, brak prądu, odwołane łodzie….

Jakoś więc nie miałam zbyt dużych chęci, by zaglądać do samego centrum czyli La Paz – ale, że to najwyżej położona stolica świata – pojechaliśmy… z planem free walking tour i szybkiej ucieczki do Chile;)

About Bolivia I had read a lot – that you can be kidnapped or killed by electrical shower… And the first days in that country had brought some winds, rains, lack of electricity, revoked boats …. So somehow, I did not have too much desire to look into the heart of it, that is La Paz – but because there is the highest capital in the world, we went there with a plan to do a free walking tour and a escape to Chile quickly;)

Na miejscu – same niespodzianki! Przede wszystkim La Paz wcale nie jest stolicą Boliwii! Wprawdzie urzęduje tu rząd i Prezydent, ale oficjalną stolicą od wieków jest Sucre.

Poza tym – poznaliśmy Fernando- Boliwijczyka zakochanego w Polsce, który zaprosił nas do siebie, pokazując europejskie oblicze miasta (strzeżony budynek, ciepłą wodę nawet w kranie, eleganckie sklepy dokoła) dołączając do tego listę atrakcyjnych i mało znanych turystycznie miejsc w okolicy – czego chcieć więcej?

 On the spot – only surprises! First of all, La Paz is not the capital of Bolivia! Although there is the government and the President there, but it is Sucre that has been the official capital for centuries.
Moreover, we have met Fernando, an Bolivian who is in love with Poland and invited us to his place, showing the European face of the city (guarded building, hot water even in the tap, elegant shops around) attaching also a list of great and little-known tourist sites in the area – what would you want more?

 

 

Co więc robimy o 4.30 rano, po świętowaniu do późna przy plackach ziemniaczanych i winie? Ano łapiemy taksówkę, by zdążyć na spotkanie z innymi, nie mniej zapalonymi ludźmi i podążyć na wspólną wyprawę w nieodkryte turystycznie rejony Boliwii.

So what do we do about 4.30 in the morning, after celebrating late at the potato pancakes and wine? Well, we grab a cab to catch the meeting with the other people, no less fervent and joint expedition to the unexplored tourist areas of Bolivia.

Jak to jednak w Boliwii bywa – nic nie jest proste. I jedyna droga ku pięknej przyrodzie okazuje się być dziś zablokowana strajkami mieszkańców podlapazkich wsi. Transportu w tamta stronę jak na lekarstwo, a nam poruszanie się dodatkowo utrudnia fakt, iż jest nas dziarska szóstka (w tym jednak koleżanka z 3 plecakami, bębnem i charango) i koniecznie chcemy jechać razem, a tu każdy pojazd szturmują grupy mieszkańców próbujący dostać się do szkoły, przedszkola, pracy, domu..

However, as in Bolivia happens – nothing is simple. And the only way to beautiful nature turns out to be locked by strikes of rural residents. There is a little transport in that direction, and we move further hampered by the fact that we are a spunky six (including also one colleague with 3 backpacks, drum and charango) and necessarily want to go together, and here every vehicle is stormed by a group of residents trying to get to schools, work, home ..

W końcu udaje nam się wcisnąć do autobusu, który jedzie w stronę blokady, a stamtąd, jak nas zapewniają, można dostać się pieszo na drugą stronę i złapać funkcjonującą tam komunikację miejscową. Zapomnieli jedynie dodać, iż pieszo na druga stronę oznacza 3h marszu… Po 3h końca blokady jak nie było tak nie ma, po asfaltowej drodze suną nieprzerwanie tłumy pieszych (jak na telewizyjnych relacjach o uchodźcach), cześć naszej ekipy się wykrusza po drodze, a miejscowi ze śmiechem pytają czy my z międzynarodowej orkiestry… ale nareszcie udaje nam się znaleźć jakiegoś szalonego taksówkarza, który jadąc przez polne zagony usiłuje omijać protestujących i po 2h wreszcie stoimy na „wolnej ziemi”.
A stamtąd już nudna droga wprost na piękną, nieznaną jeszcze turystom, wysepkę Jahuin Janihuata na Titcaca.

 In the end, we manage to squeeze into the bus,which goes toward the blockade, and from there, we were ensure that you can walk to the other sidea nd catch a local transport there. Only people forgot to add that walking to the other side takes 3h…Even after these 3 hours there was no end of barricade nor a bus. The asphalt road was full of crowds of pedestrians (such as television reports of refugees), part of our team decided to turn back on the way,and the locals keep asking if we are from an international orchestra… But we finally manage to find some crazy taxi driver who is driving through the fields to keep us away from protesters, and after 2 hours, finally, we stand on the”free land”.
Now, there is an easy ride to the beautiful, yet unknown to tourists, island of JahuinJanihuata onTitcaca Lake.

Jeszcze tylko długa, żmudna i zimna droga do Achacucha. A nazajutrz-jedziemy na równie piękną i równie nieturystyczną lagunę.

Just along, arduousand and cold way to Achacucha. And the next day-we are going to equally beautiful and equally non – touristy lagoon.

Lodowiec, 5400 m.n.p.m., klapki, śnieg. Drugi dzień wycieczki „za miasto” to właśnie przepiękna i położona na wys. 4800 m.n.p.m laguna – Qacha Quta. Kolor laguny przepiękny a w okolicy góry, śnieg, skały i lodowiec. Co niektórym udało się wspiąć na jak na razie rekordową wysokość i to bez butli z tlenem :D. Udało się też strzelić parę sweet „selfie” foci.

Glacier, 5400 m.a.s.l., flip flops, snow. The second day trip „outside of the city” is this beautiful and situated at altitude of 4800 m.a.s.l. Qacha Quta. Color of the lagoon is beautiful and around: mountains, snow, rocks and glaciers. Some of us have managed to climb to a record high –  without oxygen tank:D. Also managed to shot a few sweet selfie” photos.

PS. Dziękujemy za gościnę i pomoc Miltonowi z Couchsurfingu a przede wszystkim Fernando z CS La Paz, dzięki któremu „odczarowaliśmy” miasto;)

PS. Thank you to Milton from CouchSurfing, for his hospitality and help  and especially thank you to Fernando – CS LaPaz host, who change my thinking about his country and city;)

Tekst i wybór zdjęć: nas dwoje – los juntos;)

Reklamy
Komentarze
  1. Izzi pisze:

    Czarodziejskie chwile, przepis na szczęście, piękne widoki, super mural i piękna KaczaKuta do tego przewodnik trafiony :))) Super super 🙂

  2. mamcia pisze:

    Laguna do tej pory kojarzyła mi się z ciepełkiem a tu sople i lód…brrrr. Rysio jak widzę w swoim „turystycznym” obuwiu. Gdyby pisał jakieś wspomnienia z Waszej wyprawy to ja proponuję tytuł „W klapkach przez świat” Buziaki od nas.

  3. tatamamci pisze:

    Kto zrobił tak piękną fotkę tak wysoko skaczącego Ryśka – wyszło na prawdę super? Fotka w klapkach też ekstra – czy klapki zawsze Rysiek nosi w plecaku? Widokowo jedna z najlepszych wypraw – tak przynajmniej wygląda po zdjęciach.

  4. Iza pisze:

    O tak racja! Dzisiaj oglądam na większym formacie fotki i widzę te klapki… dobry pomysł na tytuł wspomnień 😉 pozdrawiamy 🙂

  5. Ulka pisze:

    Czy to „skrzydła szczęścia” tak wysoko unoszą Rysia?; klapki w 100% trafione na tą wyprawę – wspaniale się komponują z krajobrazem; laguna przepiękna

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s